Zakon Bliźniaczej Róży, epizod IV

Przyszła wiosna i zwierzątka budzą się do życia. Podobnie jak rośliny i skurwysyni. Przebudziło się także Szyderro i postanowiło opublikować posta na blogu. Trochę mi się skostniało przez ten czas, ale mam nadzieję, że nie wyszło bardzo tragicznie. Marzanna utopiona, tekst napisany, zapraszam do lektury.

Rzodział IV

W pogoni za białym królikiem
czyli
na tropie Klucznika (część I)

            Widmo wyszarpnęło czarne ostrze spomiędzy żeber Szydercy i otrząsnęło je z krwi, z wyraźną nutą pogardy, zarysowującej się na bladej twarzy. Paskudny uśmiech wypełzł na jego oblicze, podobnie jak przebiegły, czarny wąż wypełza ze swojej jamy wraz z nadejściem zmierzchu, gotów by zapolować na bezbronne ofiary. Uśmiech był jadowity, podobnie jak ten gad. Szary kompan osunął się na ziemię, charcząc i drżąc jak w przedśmiertelnych drgawkach.
            Tomasz stał jak spetryfikowany za magiczną barierą utkaną z mroku, czując napływ dawno zapomnianych uczuć: strachu i bezradności. Dopiero, gdy Widmo ponownie skierowało żółte ślepia w jego stronę, uczucia te ustąpiły pod bezpardonowym naporem gniewu. Gniew ten nadchodził falami, uderzającymi w czarną duszę maga z coraz to większą siłą. Wiedział, że wkrótce wszystkie tamy zostaną przełamane. Chęć odwetu zapłonęła w nim jak stos, w czasach kiedy ogniem bawiła się głównie Inkwizycja. Zacisnął pięści.
            Mroczny przybysz zauważył ten pełen determinacji gest Tomasza. Jakby w odpowiedzi wyciągnął zaciśniętą w pięść dłoń, skrytą w czarnej, skórzanej rękawicy, nabitej połyskującymi ćwiekami. Pan Ciemności zauważył ruch ust obcego, nie usłyszał jednak żadnych słów. Sekundę później Cień nagle rozwarł dłoń, a w powietrzu przed nią pojawił się czerwony okrąg, wypełniony innymi figurami geometrycznymi i nieznanymi Tomaszowi znakami. Mag spodziewał się najgorszego.
            Nic się jednak nie wydarzyło, a Tomaszowi zdawało się, że zauważył w twarzy Widma zakłopotanie zmieszane z wściekłością. Ponownie wbiło jadowity wzrok w leżącego na ziemi Szydercę. Mag miał wrażenie, że usta nieprzytomnego kompana wykrzywione są w bardzo delikatnym uśmiechu, niemalże kpiącym. Pan Ciemności miał tego dosyć, tamy zostały przełamane. Czas złoić komuś dupę.
            Pozbył się bariery, jednocześnie inkantując pierwszą lepszą rozpieprzającą wszystko wokół klątwę, jaka przyszła mu na myśl. Czarny pocisk przemierzył pomieszczenie w ułamku sekundy dosięgając swojego celu. Tomasz prychnął:
            - Wyglądał na kogoś bardziej mocarnego… - urwał nagle, gdy osłona kurzu i pyłu w miejscu, gdzie wcześniej znajdował się jego przeciwnik zapłonęła szkarłatem. Tym razem nie zdążył uformować bariery, wypchnął zatem oniemiałe dziewczyny z pomieszczenia i wraz z nimi ukrył się za ścianą. Chwilę później dźwięk wbijających się wszędzie wokół ostrzy wypełnił całe mieszkanie, a odłamki ścian i mebli wystrzeliły w powietrze, wirując i kąsając nieosłonięte części ich ciał jak rój wściekłych szerszeni. Pośród całego tego zamieszania do uszu Tomasza napłynęło demoniczne zawodzenie pełne nienawiści. Parę sekund potem wszystko ucichło.
            Pan Ciemności wstał, otrzepując niegdyś czarną szatę maga z grubej warstwy siwego kurzu, drzazg i okruchów.
            - Nic wam nie jest? - rzucił w stronę dziewczyn, po czym pomógł im wstać.
            - Raczej nie - odparła San, odgarniając z twarzy zmierzwione włosy i rozprostowując obolałe członki. Ruda aktualnie przeżywała napad intensywnego kichania wywołanego wszędobylskim pyłem, pomachała jednak dłonią na znak, że i u niej wszystko w porządku. Mając pewność, że dziewczynom nic złego się nie przytrafiło, Tomasz wychylił się lekko zza ościeży, prowadzących do pokoju Miłosza. Przeczesał okiem paskudne pogorzelisko, w jakie zmieniło się pomieszczenie, zwykle w miarę zadbane jak na należące do faceta. Wyjątek stanowiły jedynie poustawiane na parapecie butelki po wysączonym z przyjemnością piwie.
            Na chwilę obecną nic w tym niedużym pokoju nie przypominało swojej poprzedniej formy. Ściany pokrywały liczne bruzdy, filmowe plakaty wisiały tylko w niektórych miejscach i to na dodatek w totalnych strzępach, wszędzie walało się szkło, a drewniane meble, które Szyderca niegdyś wypatrzył w jakimś sklepie z antykami nadawały się teraz wyłącznie jako wyjątkowo droga rozpałka do kominka. Niemożliwym do pominięcia był dodatkowo fakt, że niemalże każdy centymetr kwadratowy powierzchni pokrywał wbity oręż, od sztyletów poczynając, a na toporach kończąc.
            Upewniwszy się, że napastnik zniknął, Tomasz wkroczył do pokoju.
            - Pomóżcie mi znaleźć Miłosza. Tylko ostrożnie, żebyście nie wpadły w jakąś wyrwę - powiedział, odsuwając kawałek stołu. Gęsta chmura kurzu niezwykle skracała pole widzenia, co w przypadku Pana Ciemności nie miało większego znaczenia, przyzwyczaił się bowiem do poruszania się po omacku w czasach przed-okularowych. Dziewczyny równie energicznie przystąpiły do pracy. Parę długich minut później San wreszcie natknęła się na leżącego bez życia wojownika. Pisnęła, gdy tylko zauważyła gorejącą czerwienią ranę w okolicach serca Szydercy, w miejscu gdzie ciało zostało przebite czarnym sztychem.
            - Nie żyje! - krzyknęła przerażona Ruda, łapiąc się za głowę.
            - A skąd - prychnął Tomasz, ze stoickim spokojem podchodząc w stronę kompana - To heros. Oni nie giną. A nawet jeśli, to odradzają się jako legenda - dodał po chwili, przeciskając się pomiędzy rozdygotanymi kobietami. Uważnie przyjrzał się ranie. Faktycznie wyglądała paskudnie. Ale jego uwagę bardziej przyciągnęła niewielkie cięcie na boku, z którego sączyło się coś mrocznego. Tomasz nie wiedział co to mogło być, przypuszczał jednak, że ma to związek z mroczną postacią, która wylazła z lustra i stała się żywą grozą w świecie poza zwierciadłem.
            - Musimy się stąd wynosić. San zabierz niezbędne rzeczy. Rudzielcu nie stój tak, pomóż mi go podnieść.

***

            - Moi szpiedzy donoszą, że doszło do konfrontacji między tobą, a naszymi celami. Donoszą także, że oni nadal żyją - aksamitny głos skrytej w cieniu młodej kobiety, siedzącej w wygodnym skórzanym fotelu rozlał się po pomieszczeniu i pomimo swojego łagodnego charakteru przywoływał dreszcze.
            - To prawda, udało im się zbiec, nie byłem odpowiednio przygotowany, zaskoczyli mnie w mojej własnej siedzibie. Nawet Żniwiarz nie dał sobie z nimi rady - odparł tłusty, ociężały mężczyzna, a po jego żabiej gębie, zwieńczonej potrójnym podbródkiem spłynęła spora kropla potu, ginąca gdzieś między fałdami błyszczącej skóry. Jego ton brzmiał jak usprawiedliwienie.
            - Nieprzygotowanie nie ma tutaj najmniejszego znaczenia. Doskonale wiedziałeś, że naszym obecnym, priorytetowym celem jest pozbycie się Zabójców Skurwysynów. Podobno stali się zbyt pewni siebie i dopuszczają się użytkowania posiadanych mocy dla swoich własnych, błahych celów. Stali się dokładnie tym, z czym do tej pory walczyli. Następuje zmiana warty - syknęła kobieta strącając na ziemię kilka zdjęć, przedstawiających przykre sceny z kilku miejsc zbrodni, po brzegi wypełnione krwią, wnętrznościami oraz okrucieństwem. I walcem. Trzynastotonowym.
            - Nie toleruję porażek - powiedziała po chwili nieco spokojniejszym tonem - Masz jeszcze jedną szansę by wysłać ich w zaświaty. Inaczej sam się tam znajdziesz. Koniec pogawędek na dziś - dodała, po czym wstała i udała się w stronę ciemnego korytarza, a miejsca na posadzce, gdzie stawiała swoje drobne stopy pokryły się płatkami róż.

***

            - Dokąd my się właściwie pchamy, co? - wysapała Ruda, której głowa ledwie wystawała spod okrytego stalowym pancerzem barku Miłosza - Niby to takie chuchro, ale jednak męczy mnie dźwiganie takiej konserwy przez pół miasta. Nie mogliśmy wezwać taksówki?
            - Pewnie - odparł mag, także z zadyszką, potykając się o rąbek czarnej szaty - Wsiadaj do taksówki z gościem w zbroi, zbryzganym juchą tak, że wygląda jakby wpadł do klatki wypełnionej dzikimi niedźwiedziami. Na pewno nie wzbudzisz podejrzeń - wymamrotał Tomasz, poprawiając chwyt i wracając do inkantacji. Mieli szczęście, że mogą przemieszczać się pod osłoną nocy, ponadto Pan Ciemności w kółko powtarzał magiczne formuły, dzięki czemu ciemność wokół nich zgęstniała jeszcze bardziej, ukrywając całą czwórkę przed wścibskimi spojrzeniami osiedlowych babuszek, których jedynym celem egzystencji jest szerzenie plotek.
            - Musimy dostać się do innej kwatery, gdzie będzie można przyjrzeć się uważniej ranom Miłosza. Możliwe, że nie obejdzie się bez pomocy z zewnątrz - zawyrokował czarnoksiężnik - Nie chodzi mi o lekarza - dodał po chwili, widząc pytające spojrzenia dziewcząt.
            Przeszli jeszcze kilka wąskich uliczek, aż wreszcie dotarli przed szeroką, kutą bramę, zakończoną ostrymi szpikulcami. Owa brama zwieńczona była wysokim łukiem, wspartym na dwóch masywnych słupach, murowanych z kamienia. Tomasz nie zatrzymując się ani na chwilę szybko przeszedł przez portal i wkroczył na pokrytą jasnym żwirem ścieżynkę, prowadzącą pomiędzy kamiennymi obeliskami. Był jednak zmuszony zwolnić z powodu Rudej, rozdziawiającej pokryte krwistoczerwoną szminką usta i wytrzeszczającej oczy.
            - Aż tak z nim źle? - zapytała, wskazując na napis "CMENTARZ MIEJSKI" wieńczący bramę - A po pomoc zwrócisz się jeszcze do księdza, czy już do grabarza?
            - Bardzo śmieszne - syknął Tomasz przez zaciśnięte zęby - Pospieszmy się. Sanuszku, wyprzedź nas i sprawdź czy droga przed nami jest bezpieczna
            - Sanę zwiadowcą - odparła dziewczyna i po chwili mag mógłby oglądać jej misternie spleciony warkocz, znikający za niewielkim wzniesieniem przed nimi. Mógłby, gdyby nie był niemal ślepy jak kret.
            Po paru chwilach dotarli do starej, porośniętej mchem i bluszczem krypty, zwieńczonej dwuspadowym daszkiem, na obrzeżach którego przesiadywały kamienne gargulce, groźnie łypiące w stronę przybyłych wypełnionymi czernią otworami oczu. Tuż nad wejściem do grobowca, w miejscu gdzie jeszcze docierało światło zawieszonej przy wrotach pochodni, widniał wyżłobiony w kamieniu napis, zatarty już z lekka pod wpływem czasu non omnis moriar. Tomasz zauważył pogłębiające się zdziwienie odmalowane na twarzy Rudej. A może był to tylko grymas zmęczenia, wynikający z targania zakutego w zbroję Szydercy przez pół miasta.
            - Przecież nie przyszliśmy go pochować, tylko przywrócić mu siły. Sam sobie nie poradzę z Bliźniaczą Różą - sarknął mag, opierając nieprzytomnego towarzysza o pobliski murek, co Ruda przyjęła z nieukrywaną ulgą. Następnie podszedł do kamiennego budyneczku, i zatrzymał się tuż przed kamienną płytą wrót. Porosty wrosły w podłoże głęboko, całkowicie ukrywając pod warstwą zieleni szczelinę pomiędzy wrotami a resztą budowli, co oznaczało tyle, że nikt dawno tu nie wchodził, a co ważniejsze, jeśli chodzi o groby - nie wychodził.
            Mężczyzna pospiesznie zaczął obmacywać zimną płytę wejścia, by po chwili z uporem maniaka zacząć zeskrobywać paznokciami mech mniej więcej na dwóch trzecich jej wysokości. Nie minęło wiele czasu, gdy spomiędzy zieleniny i poczerniałych od pracy palców maga zaczął wyłaniać się jakiś symbol, z grubsza przypominający skrzyżowane miecze na tle rozłożonej księgi stojącej w płomieniach. Rozchylone w jadowitym uśmiechu usta chłopaka odsłoniły kieł. Sięgnął po krótki rytualny sztylet, którego delikatną krzywiznę ostrza pokrywała gęsta niemal jak piwniczna pajęczyna siateczka nieznanych hieroglifów. Jednym wprawnym ruchem oręża, mogącym wskazywać na wcześniejsze samobójcze praktyki, Tomasz naciął wewnętrzną stronę dłoni i roztarł ciemną krew na oczyszczonym z zielska kawałku muru.
            Na działanie mechanizmu nie trzeba było długo czekać, bowiem gdy tylko tajemniczy symbol pokryła cienka warstewka zasychającej już krwi, cała grupa poczuła nagły wstrząs, jak gdyby ziemia zatrzęsła się w posadach. Niewidzialna maszyneria zmusiła od dawna nieotwierane kamienne wrota krypty do ustąpienia. Chwilę potem wszystko ucichło i Tomasz zbliżył się do lekko uchylonych drzwi. Otworzenie ich na oścież nadal wymagało od niego nie lada wysiłku, był w końcu magiem, a nie garbatym trollem na posyłki.
            - Ruda zawołaj Sanuszka - powiedział Pan Ciemności powoli, rozglądając się po niewielkim wnętrzu krypty. Chwilę potem do wewnątrz weszły też dziewczyny.
            - Nie wygląda jakoś zbyt okazale - skomentowała Ruda - Co chcesz robić w tej klitce? Bardziej nadaje się do zabawy w chowanego niż wskrzeszania trupów i snucia planów wielkiego odwetu - dodała po chwili z przekąsem.
            - Będę, kurwa, w bierki grał. Albo w wojnę, kartami z pokemonami. A co ci się tak dowcip wyostrzył, co? Ładuj no tutaj tę swoją słowiańskiej urody dupę, zanim ktoś z Bliźniaczych Róż postanowi Ci ją nafaszerować ołowiem - szybko zripostował Tomasz - Oprzyjcie Miłosza gdzieś o ścianę i pomóżcie mi zepchnąć tę płytę z nagrobka. Wewnątrz jest ukryte przejście - powiedział - Wiem, że to oklepane. Kiedy zaczynaliśmy działalność byliśmy młodzi i pełni werwy, ale niedoświadczeni. Czymś musieliśmy się inspirować, a pomysł tajnej kurwa bazy, ukrytej w cmentarnej krypcie wydawał się najzajebistszy pod słońcem - rzucił szybko, nim jakiś złośliwy komentarz miał okazję wychynąć z czyichkolwiek ust.
            Chwilę potem przemierzali wąski, opadający pod kątem czterdziestu pięciu stopni korytarz, rozświetlony przez rozmieszczone w równych odstępach inkrustowane pochodnie, emanujące toksyczną i niepokojącą, szmaragdową poświatą. Niedługo później korytarz doprowadził całą grupę do całkiem nieźle urządzonej komnaty o ścianach z litej skały. Sala miała nieregularny kształt, była kwintesencją pierwotnego Chaosu, wytworem chorej imaginacji Matki Natury - niektóre ściany były gładkie i połyskujące niczym szklana tafla, inne zaś pokrywały liczne bruzdy, a z sufitów groźnie łypały stalagmity, jakby czekające tylko, by w najmniej oczekiwanej chwili rozbić komuś łepetynę.
            Wystrój wnętrza jaskini był natomiast całkowitym zaprzeczeniem zimnego, minimalistycznego zamysłu Stwórcy, wszędzie wokół walały się bowiem puchate dywaniki, obite aksamitem sofy i fotele oraz niezliczona ilość poduszek, poniewierająca się z kąta w kąt. Tylko jeden z foteli odstawał od pozostałych, a dokładniej mówiąc przypominał egzekucyjne krzesło elektryczne, pozbawione jedynie obręczy nakładanej na skronie, która w zamyśle twórcy miała za zadanie przerobić mózg zasiadającego nań nieszczęśnika na budyń.
            - Dobra, połóżcie go gdzieś - zawyrokował Tomasz, wskazując dziewczynom nieprzytomnego wojownika. Sam zaś podszedł do swojego ulubionego, niewygodnego krzesła stojącego przy ogromnym stole, pokrytym grubym kożuchem kurzu i skalnych drobinek i zasiadł z nadzieją, że po chwili nie wyląduje dupą na ziemi. Rękawem szaty przetarł zakurzony stół, odsłaniając jego lakierowaną powierzchnię.
            - Teraz musimy wybudzić tego skurwiela - zwrócił się nagle do dziewczyn - Nie mamy czasu do stracenia. Ruda, znasz się nieco na ziołach, tak? Nie, nie o takie mi chodzi, nie śmieszkuj mi tutaj. Mamy ich trochę na tamtych półkach, rzuć okiem, może wyniuchasz coś co się nada. A Ty Sanuszku przygotuj palenisko i kociołek, wszystko co potrzebne powinnaś znaleźć w tamtej wnęce. Ja postaram się przyjrzeć tej dziwnej ranie w boku Szydercy…
            - Dobrze, staraj się mocno - weszła mu w słowo Olka, z szerokim uśmiechem i z wywijającymi salta złośliwymi kurwikami w oczach, w następnej chwili przemierzająca radosnymi susami salę.
            - O, no ale zabawne, śmiej się ze ślepego. Baby… -  wymamrotał mag, kręcąc głową i wykrzywiając usta w kwaśnym grymasie połowicznego uśmiechu. Musiał jak najszybciej przywrócić Miłosza do stanu względnej używalności, a przynajmniej przytomności, bo wkrótce oszaleje przy pozostałej dwójce. Spojrzał ukradkiem w stronę towarzyszek. Przynajmniej faktycznie zabrały się do pracy - Ruda przesuwała kolejne flakoniki i puszki lokalnego składu zielarskiego, a San wysypywała proch strzelniczy na przygotowywane palenisko. Dobrze, że naturalna forma groty pozwalała na to, by choć w jednym miejscu rozpalić ogień, nie musiał marnować cennej many na rozpalanie i podtrzymywanie magicznego płomienia.
            - No, zobaczmy co my tutaj mamy - rzucił Tomasz ciekawskim tonem, po czym zdjął pozostałe, powgniatane części pancerza Szydercy i odrzucił na bok. Odwinął prowizoryczne opatrunki i badawczo spoglądał na ranę, z której nieustannie wydobywała się jakaś ciemna materia, przypominająca mgłę. Wyszeptał jedno z prostszych zaklęć leczniczych. Wcale nie spodziewał się, że zadziała, miał jednak nadzieję na jakąkolwiek reakcję, co pozwoliłoby mu na zrozumienie, czy ma do czynienia z jakimś rodzajem magii. Niestety nic się nie wydarzyło.
            Nagle po wnętrzu sali przetoczył się ogłuszający huk, przypominający wystrzał armatni z bardzo, bardzo bliska, sama grota natomiast wypełniła się natychmiast gryzącym, szarym dymem, który szybko uniósł się i utknął pod powałą. Trzymając się za serce Tomasz starał się zlokalizować przyczynę eksplozji, zauważył jednak tylko gorejące w jednym miejscu płomienie paleniska, a obok ubabrane od sadzy, aczkolwiek wesołe oblicze Sanuszka. Całe życie z debilami.
            Chwilę potem obok Tomasza pojawiła się Ruda, merdająca w niewielkim naczynku łyżką. Zawartość intensywnie parowała.
            - Kurwa, ale fetor, jakby małpę rozerwało - wyskomlał Tomasz, z trudem hamując odruch wymiotny.
            - To najmocniejsza mikstura do wybudzania jaką znam, na nic więcej nie liczcie, przynajmniej na szybkiego - powiedziała Ruda, podtykając naczynie nieprzytomnemu Szermierzowi pod sam nos. Ten wydał z siebie jedynie cichy pomruk, a jego twarz wykrzywiła się w grymasie i chyba lekko pozieleniała.
            - Nici z twojej kuchni, kochana - rzucił beztrosko Pan Ciemności, drapiąc się po młodzieńczej imitacji brody.
            - Sanuszek wie, ma wybudzacz! - nagle wykrzyczała San, sięgając do wnętrza swojego zielonego plecaczka, ozdobionego Sanuszkowym słoneczkiem z uśmieszkiem psychola, emanującego pogardą dla konwencjonalnej i przewidywalnej sztuki. W czasie gdy tak grzebała w torbie, na jej twarzy odmalowały się wyraźne rumieńce podniecenia.
            Po chwili w mdłym świetle lamp zebrani mogli podziwiać idealnie schłodzoną, wręcz pokrytą szronem (nie wiem skąd) bursztynową butelkę ambrozji, boskiego nektaru spod znaku Warki. Twarz Tomasza, zwykle brzydka i całkowicie nieapetyczna nadal taką pozostała, jednak w jego oczach przemknął błysk. To musiało być to, antidotum na wszystkie smutki i dolegliwości życia codziennego i nocnego, eliksir powstający w skomplikowanym procesie chemicznym, który pod nieubłaganym naporem czasu w magiczny wręcz sposób przekształcał owoce zrodzone wprost z łona Matki Ziemi w ten kojący wyciąg.
            - Jeżeli to go nie wybudzi, to ja już nie wiem co - powiedział Tomasz, głaskając Olkę po głowie - Spisałaś się - dodał, zrywając czerwony kapsel z ustnika, pozwalając delikatnym nutom chmielu rozlać się po pomieszczeniu. Sam z przyjemnością wypełnił płuca boskim aromatem. Podstawił butelkę pod nos nieprzytomnego. Zakręcił delikatnie flaszką, aby uwolnić dodatkowe bukiety chmielu i cytrusów.
            Wojownik otworzył oczy, a jego źrenice natychmiast skurczyły się, pomimo panującego wokół półmroku. Węszył. Jak na Łowcę przystało.
            - Na Boga! Na kurwa Odyna i Buddę! - krzyknął blondwłosy mężczyzna, wstając z kanapy i wyrywając natychmiast butelkę z kościstej dłoni mroczniejszego kompana, płynnym ruchem przykładając ją do jedynego miejsca we wszechświecie, gdzie obecnie pasowała, czyli do własnych ust. Mając głęboko w dupie konsternację, jaka odmalowywała się na twarzach pozostałych, wlewał w siebie złocisty trunek, tak samo jak wylewa się brudną wodę do kibla. Czuł, że odzyskuje siły, zassał się więc do tego stopnia, że w butelce wytworzył się wir, a ścianki naczynia pokryła siateczka pęknięć. I wtedy piwo się skończyło, a nasz bohater padł ponownie na sofę, z odmalowującym się na twarzy błogim uśmiechem. Beknął, jak na rasowego wikinga przystało, choć takowym nie był.
            - I to wszystko?! Wystarczyło podać mu byle browara, żeby się ocknął, a ja taszczyłam go przez pół miasta?! - wściekła, ruda Słowianka naskoczyła z pięściami na bezbronnego Pana Ciemności, niemal pozbawiając go siekaczy. Ten wyszczerzył się.
            - Życie… - skwitował Tomasz, podchodząc do powracającego do życia kompana - Musimy kurwa pogadać - zwrócił się do wojownika.
            - Na pewno - odparł tamten - Ale zanim zaczniemy, masz może jeszcze trochę tego specyfiku?
            - Mnie nie pytaj, to Sanuszek wyrwał Cię z objęć Morfeusza. Do rzeczy - mag podniósł nieco ton, widząc jak Szyderca błędnym wzrokiem doszukuje się kolejnej flaszki - Co to było to, co wylazło z lustra i zdemolowało nam chatę, a Ciebie niemal wysłało do piachu?
            - To może być problem - odparł wojownik wymijająco.
            - Dzięki, ale rzeczy oczywiste nie wymagają tłumaczenia, wiesz? Czy to ma coś wspólnego z tą raną na boku?
            - Wylazło stamtąd. To moje odbicie. Demon, który siedzi w każdym z nas i tylko czeka, by przejąć kontrolę. Nie wiem jak, ale tamta dziewczyna, która dała nam taki wycisk jest posiadaczką jednego z Ostrzy Wykutych Przed Czasem. I obudziła to. Co więcej… - przerwał, podnosząc się z zajmowanego dotychczas miejsca, po czym oddalił się nieco od towarzyszy. Przymknął oczy, wciągnął powietrze i wyrecytował coś bezdźwięcznie, po czym wycedził przez zaciśnięte zęby - Kurwa, odebrał mi ją...
            -Hm? Co tam mielisz ozorem?
            - Skurwiel odebrał mi moc - odparł smuteczkowym, łamiącym się tonem Szermierz.
            - Co? - w głosie Pana Ciemności pojawiła się nutka paniki, co jego samego nie tylko zdziwiło, lecz wręcz przeraziło. Starał się opanować, więc zanim ponownie się odezwał odczekał chwilę - Jak to straciłeś moc? I co ja mam niby, kurwa, sam zwojować z tajną organizacją, zajmującą się eksterminacją na zlecenie?
            Szyderca wzdrygnął ramionami, bo nic nie przychodziło mu do głowy.
            - Sądzę, że byłbym w stanie pozbierać się do kupy, ale to zajmie trochę czasu. Może przed emeryturą uda mi się jeszcze wystrzelić w ciebie wkładem do długopisu - odparł, szczerząc zęby w nienagannym uśmiechu, ale ton jego głosu pozostał gorzki. Tomaszowi wydało się, że widział na policzku kompana szybko znikającą łzę.
            - I nie ma sposobu, żeby jakoś szybciej cię nastroić? - zapytała Ruda. W odpowiedzi otrzymała jedynie smuteczkowe pokręcenie głową.
            Wojownik nagle obrócił się na pięcie i ruszył w stronę puchatego, pokrytego warstwą sadzy fotela, stojącego nieopodal paleniska. Usiadł i zaczął beznamiętnie wpatrywać się w ogień.
            - No to jesteśmy w dupie - mruknął sam do siebie Tomasz, po czym zwrócił się do dziewczyn, by zajęły się czym chcą i sam rozsiadł się na swoim zabytku z Alcatraz. Żyła na jego skroni intensywnie pulsowała, gdy starał się rozwiązać jakoś problem, który ich spotkał. Z zamyślenia wyrwało go dopiero rzężenie Szydercy. Ruszył do wojownika, San też już przy nim była.
            - Co się stało? - Spytał, gdy zobaczył, że z nosa wojownika cieknie strużka ciemnej krwi. Zauważył też, że rana na boku kompana zaczęła pulsować.
            - Kurwa, wykituje mi tutaj jeszcze. Trzeba pozbyć się tego gówna… - przerwał, uciszony gestem Łowcy.
            - Kiedyś podróżując przez portale spotkałem kogoś. Starca w łachmanach. Zwał się Klucznikiem. Mam pomysł, ale musicie go odszukać - wybełkotał Miłosz, wycierając krew rękawem - On ma klucz do wszystkiego.
            - Co za klucz? Gdzie szukać tego kolesia? - Tomasz strzelał pytaniami jak z kałacha. Choć trudno mu było to przed samym sobą przyznać, to panika zżerała go tak samo, jak San pochłania mandarynki.
            - Ani na jedno, ani na drugie nie znam odpowiedzi, ale zdaje się, że Klucznik był też handlarzem jakimś magicznym śmieciem.
            Widząc, że nie wyciągnie od Miłosza nic więcej, Tomasz odszedł kilka kroków dalej by zebrać myśli. Że jakiś handlarz magicznymi dewocjonaliami może wyciągnąć ich z takiej dupy? Czemu nie, przecież tonący brzytwy się chwyta. Ale gdzie go szukać? Gdzie są jakieś znane mu magiczne ryneczki? Dużo pytań, mało odpowiedzi. 
Na razie.


Komentarze

  1. Muszę przyznać, zabrałam się za Zakon od początku dopiero po pojawieniu się najnowszego epizodu. I stwierdzam, że dobra lektura :) Wciągnęło mnie konkretnie, więc chętnie poczytałabym więcej :D Ostatecznie powstrzymam się tym razem od czepiania (np. że z sufitu zasadniczo zwisają raczej stalaktyty, nie stalagmity z tego co pamiętam :P), więc na razie to by było na tyle...
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. W takim razie zapraszam do śledzenia kolejnych epizodów, które wpłyną... Nie wiem kiedy, ale wpłyną :) Nie wiem jakim cudem zrobiłem byka z tymi stalagmitami, przecież specjalnie sprawdzałem w Internecie, które to zwisają z sufitu. A mimo to zamyśliłem się i proszę, byk :D Pisanie bywa jak trans, to wszystko. Również pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie piszesz, Kochanie, prawie jakbym czytała dobrą książkę, law law law law law <3 <3 <3
    - Twoja największa fanka


    (xD)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam nadzieję, że dalsza część opowieści nie rozczaruje Jej (Nie)Wysokości :3 Czuję moc do kontynuowania pozytywnej tradycji :> Liczę na wsparcie :*

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz